Co było gdy mnie nie było

Nieubłagane statystyki pokazują, że większość blogów upada bądź jest po prostu porzucana przez autorów w ciągu pierwszego roku ich istnienia. Ostatni wpis tutaj pojawił się 6 listopada ubiegłego roku i od tej pory nic, cisza. Już nawet sam myślałem, że podbiję razem z Superfikcją tą smutną statystykę nawet mimo tego, że do końca roku udało mi się przeczytać 2 książki, a nie starczyło go aby napisać słów kilka na ich temat. Ale wbrew wszystkiemu postanowiłem przedstawić choćby tylko moją ocenę tych zeszłorocznych lektur.

Zaraz po Stevensonie zabrałem się za wyczekiwaną przeze mnie nowość Petera Wattsa – „Echopraksję”. W związku z genialnym „Ślepowidzeniem” moje oczekiwania dotyczące jej kontynuacji były niezmiernie wysokie. Po takim czasie (książkę przeczytałem kilka miesięcy temu) mogę jedynie stwierdzić, że się nie zawiodłem, jednak wg mojego subiektywnego odczucia pierwsza część była lepsza. Dlatego też moja ocena to 5,0.

Kolejną i zarazem ostatnią książką jaką udało mi się przeczytać w zeszłym roku była napisana przez Philipa K. Dicka „Deus Irae”. Nie będę nawet udawał, że mi się podobała. Fani autora czytając to dzieło na pewno znajdą mnóstwo radości i satysfakcji w obcowaniu z dziwnymi kultami (religiami?) postnuklearnego świata, jednak wszystkim tym, którzy Dicka nie znają zbyt dobrze należy uczciwie powiedzieć aby zaczęli przygodę od czegoś innego. Moja ocena 3,0.

I oto właśnie dobrnąłem do końca roku 2014. Rok ten mogę zaliczyć do udanych literacko. Jednak na jego początku myślałem, że uda mi się przeczytać przynajmniej 50 książek. Niestety zakończyłem go z wynikiem: 32 fantasy i sf, 5 kryminałów, 3 historyczne co w sumie daje: 40 książek. Zobaczymy co się będzie działo w roku 2015, ale lepiej to już chyba było.

Doktor Jekyll i Pan hyde, Robert L. Stevenson

I w końcu udało mi się rozwiązać tą niecodzienną sytuację z wadliwym wydaniem i ukończyłem „Doktora Jekylla i Pana Hyda”. Mam nadzieję, że dzięki temu wyrobię sobie pewien nawyk czytania nie tylko rzeczy współczesnych (lata 60 to dla mnie współczesność), ale także tekstów starszych na bazie których zbudowana została właśnie owa współczesna literatura grozy, fantasy i science-fiction.

Nowela ta została napisana pod koniec XIX wieku i jak wszyscy doskonale wiedzą traktuje o rozdwojeniu osobowości. W wieku XXI dla nikogo tajemnicą nie jest, więc i ja ukrywać tego nie zamierzam, że Doktor Jekyll i Pan Hyde to tak na prawdę jedna i ta sama osoba o rozdwojonej jaźni właśnie. Wydawać by się mogło więc, że nic ciekawego o tej krótkiej książce napisać nie sposób. Wszyscy wszystko wiedzą i kropka.

A jednak, jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, cała historia zaczyna się nader interesująco. I mimo posiadanej przeze mnie wiedzy kim jest Pan Hyde, autor zdołał utrzymać moją uwagę do samego końca, gdzie Doktor Jekyll wyjaśnia motywy swojego postępowania. Okazuje się bowiem, że „Doktor Jekyll i Pan Hyde” nie jest tylko przydługim opowiadaniem wieszczącym erę psychoanalizy i wielorakich osobowości, a odnosi się do dobra i zła gnieżdżących się w każdym z nas. Doktor Jekyll uległ pokusie i uwolnił pierwiastek zła w postaci Pana Hyda. Autor sugeruje, że każdy z nas posiada taką istotę.

Jest to jedna z lepszych książek (nowel?) jakie czytałem w tym roku. Nie dajcie się zwieść wiedzy jaką posiadacie przed lekturą. Warto zapoznać się z myślami Jekylla, przekonać się jakie emocje nim kierują i samemu ocenić występki Hyda. Moja ocena 5,5.

Jad Mantezji, Janusz A. Zajdel

Dzisiejszy wpis miał być poświęcony Robertowi Louisowi Stevensonowi i jego dziełu „Doktor Jekyll i Pan Hyde”. Niestety we wspomnianej książce po stronie 16 następuje strona 25 by następnie po stronicy 32 znów wrócić do nr 25. Defekt ten spowodował przerwę w lekturze do czasu odnalezienia egzemplarza kompletnego. Muszę przyznać, że cała ta sytuacja trochę mnie zasmuciła, gdyż lektura ta rozpoczęła się nader interesująco.

Dlatego też dziś, zamiast przenosić się w mroki Londynu, proponuję zerknąć w przyszłość. A konkretnie w przyszłość widzianą z roku 1965, gdyż wtedy właśnie ukazał się pierwszy zbiór opowiadań Janusza Zajdla pt: „Jad Mantezji”. Autor ten nie jest czytelnikom tego bloga (o fanach sf nie wspominając) obcy, gdyż jakiś czas temu miałem przyjemność opisywać „Całą Prawdę o Planecie Ksi”.

Warto zauważyć, że najpopularniejsze utwory autora zaliczają się do nurtu politycznego sf, natomiast opowiadania zebrane w omawianej antologii można opisać jako klasykę. Znajdziemy w nich takie elementy jak: badania nad futurystycznymi wynalazkami („Studnia”), opisy zadziwiających przedmiotów pochodzących z zamierzchłej przeszłości („Egipski Kot”), kontakty z obcymi formami życia i gwiezdnymi cywilizacjami (m.in. „Feniks”, „Epidemia”). Przede wszystkim jednak Zajdel zwraca uwagę na zachowanie ludzi, ich ułomności i żądze. „Ciemność” w doskonały sposób pokazuje, jak ograniczony potrafi być nasz umysł, jak trudno się wydostać ze schematów myślenia. Tytułowe opowiadanie natomiast traktuje o człowieku za wszelką cenę łaknącego władzy. A wszystko to opakowane w futurystyczne klimaty z lat 60 ubiegłego wieku.

Czytając literaturę sprzed prawie 50 lat zawsze się zastanawiam jaką ocenę powinna otrzymać. Wiadomo przecież, że nasze ciała raczej nie zniosą podróży międzygwiezdnych, więc przygody dzielnych bohaterów odkrywających niezbadane terytoria kolejnych układów słonecznych brzmią dość archaicznie. Być może właśnie z tego powodu dla najmłodszych czytelników utwory zebrane w tej antologii nie będą atrakcyjne, szczególnie jeśli przyrówna się je do takiej epickiej i popularnej sagi jak np. „Gra o Tron”, lub choćby „Pan Lodowego Ogrodu”. Jednak należy zdecydowanie powiedzieć, że mimo upływu lat wszystkie utwory zebrane w „Jadzie Mantezji” nie tracą na aktualności. Czytając kolejne opowiadanie byłem autentycznie zdziwiony jak celnie Zajdel rozgryza charaktery obnażając ciemną stronę ludzkiej natury („Jad Mantezji”).

Dlatego też pomimo pewnych elementów takich jak miejsce akcji czy sposób podróżowania bohaterów, które nie pasują do dzisiejszej wizji sf zbiór opowiadań „Jad Mantezji” trzeba ocenić na 5,0 jako solidną klasykę z ponadczasowym przesłaniem, przy której miło spędzimy czas.

Król Bólu, Jacek Dukaj

W porównaniu do pierwszej połowy roku początek drugiej wydaje się być dość leniwy. Zasłaniając się urlopem i piękną, wakacyjną pogodą nie dbałem zbytnio o regularne wpisy. Działo się tak z prostego powodu. Nie przeczytałem takiej ilości książek aby nowe teksty pojawiały się co tydzień. Ostatnie dwa dotyczyły książek przeczytanych na urlopie i opisywanych z perspektywy czasu. Dziś napiszę o zbiorze opowiadań Jacka Dukaja pod tytułem: „Król Bólu”, którą właśnie skończyłem.

Wszyscy znający autora, a wydaje mi się że Pana Dukaja nikomu przedstawiać nie trzeba, doskonale wiedzą że określenie „zbiór opowiadań” może być mylący. Prawie każde z zamieszczonych tekstów kwalifikuje się na powieść. Całość to 820 stron pełnych liter, a nie marginesów, co w sumie dało mi miesiąc doskonałej lektury. Normalnie gdy czytam jedną książkę tak długo istnieje poniekąd uzasadnione podejrzenie, że do najlepszych nie należy. Na szczęście w przypadku książek napisanych przez tego autora jest zupełnie inaczej. Czytelnik delektuje się każdą opisywaną ideą, która jest pięknie opakowana w niezwykłe, nieraz skomplikowane opisy. Nierzadko sama idea jest złożona i abstrakcyjna co zmusza nasze szare komórki do wysiłku. Wszystko to sprawia, że wg mojej, co zawsze powtarzam, subiektywnej oceny właśnie Jacek Dukaj będzie za lat 100 wymieniany jako najciekawszy autor sf naszej epoki.

„Król Bólu” składa się z tekstów pisanych w różnych okresach czasu. Do opowiadań wcześniej nie publikowanych takich jak: „Linia oporu”, „Oko potwora”, „Piołunnik” oraz „Król Bólu i pasikonik”, dodane zostały utwory, które już wcześniej ujrzały światło dzienne tj. „Szkoła”, „Crux”, „Serce Mroku”,  „Aguerre w świcie”. Każde z nich jest inne, a wszystkie równie dobre. Cechą wspólną wszystkich oprócz „Piołunnika” jest czas akcji czyli daleka przyszłość. „Piołunnik” natomiast rozgrywa się tuż po awarii reaktora w Czarnobylu, która to okazuje się być jedynie przykrywką do czegoś dużo bardziej zadziwiającego i brzemiennego w skutkach. Natomiast „Oko potwora” to opowieść o przygodach statku kosmicznego i jego załogi doskonale napisana w stylu Lema. Mamy tutaj zatem, niesamowitą ilość żelastwa, psujące się silniki atomowe, medyka, oficerów, nawigatora oraz tajemniczego pasażera uwikłanych w niejasną (brak łączności) intrygę w pasie asteroid.

Największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadania „Szkoła”. Jest to historia chłopaka, prawie dziecka pochodzącego z dna społecznego i zakwalifikowanego do ośrodka zwanego Szkołą. Szybko okazuje się, że jest tam poddawany głębokim modyfikacjom ciała, a przede wszystkim zmysłów. I prawie do końca nie wiadomo czemu to wszystko służy, jaki ma sens i cel. Jednak oczywiście finalnie dowiadujemy się po co te wszystkie męki (zdradzić tutaj nie mogę). Opowiadanie kończy się w momencie, w którym niejedna powieść się zaczyna. Pozostawia więc czytelnika samemu sobie, zastanawiającego się czy wszechświat jest na prawdę aż tak pusty.

Tytułowe opowiadanie to ukłon w kierunku nauki dziś dopiero rozwijającej skrzydła, wydaje się, że jeszcze przez szersze grono dość niedocenianej tj. biologii (szeroko rozumianej). Technologie biologiczne w opisywanym tutaj świecie są tak rozwinięte i wpływowe, że nawet polityka i związane z nią frakcje wyróżniają się jedynie poglądem na ówczesną biologię ziemi, a sama ona podzieliła się na stazy czyli obszary o nieco innej biologii. A wszystko to związane jest z bioterroryzmem w okół którego rozkręca się akcja opowiadania.

„Aguerre w świcie” to minipowieść (chyba jak większość tutaj) detektywistyczna podszyta odpowiednią ilością filozofii. Rozgrywa się ona w dalekiej przyszłości, w której to prym wiodą ludzie zmodyfikowani przez tzw. glej. Daje im to niebywałe zdolności manipulowania grawitacją. Aguerre (główny bohater, przewodniczący zakonowi glejotyków) prowadząc śledztwo w sprawie zabójstwa przyjaciela odkrywa spisek współbraci mogący zachwiać całą cywilizacją.

Pomimo wrażeń jakie dostarczają wyżej opisane utwory do myślenia najbardziej daje „Linia Oporu”. Opowiada ona o ludziach i społeczeństwie nie tak bardzo oddalonym od naszego. Ukazuje świat, który wreszcie uporał się z głodem, a zaawansowana technologia sprawiła, że nie trzeba pracować w pocie czoła od zmierzchu do świtu. Pojawia się więc problem znużenia i powtarzające się pytanie co dalej. Cała akcja książki (nie tak znowu wartka) obraca się w około tworzenia wyzwań (tzw. contentu) dla ludzi, którzy nie muszą się już o nic martwić. Bohaterowie, ich problemy w przyszłości, oraz wydarzenia w tym utworze nie mają dużego znaczenia. Znaczenie ma natomiast nieodparta myśl (po przeczytaniu całości), że opisywane problemy już są nam bliskie (cała papka tworzona przez telewizję, ciągłe wyzwania stawiane przed graczami w różnych hybrydach gier online itp.). Spędzamy czas w przygotowanych specjalnie dla nas przestrzeniach galerii handlowych lub po prostu przed telewizorem, grając na komputerze czy siedząc bezproduktywnie na fejsie. Wydaje się nam, że jak nie kupimy czegoś nowego, nie zdobędziemy lewela lub opuścimy odcinek ulubionego serialu to życie straci sens. Chyba trzeba się głębiej zastanowić nad tym co ważne.

W związku z tym, że bardzo lubię książki, które zmuszają do myślenia, jakiejś refleksji, a do tego są dobrze napisane ocena nie może być inna niż 5,5. Wszystkim tym, którzy nie mają czasu przeczytać całości polecam wybrać choć niektóre utwory. Warto.

Ad Infinitum, Michał Protasiuk

Z wakacyjnych wojaży, choć są już one jedynie wspomnieniem, pozostaje zgodnie z obietnicą napisać słów kilka o najnowszej książce Michała Protasiuka pod tytułem „Ad Infinitum”. Muszę przyznać, że podczas gorących godzin poprzedzających urlop spędzonych na usilnym spakowaniu wszystkiego co niezbędne, dzieło to musiało wpaść do mojej walizki trochę przez przypadek. Planowałem bowiem przeczytać coś Kinga lub Pratchetta tak aby wakacje minęły bez niespodzianek. A tu coś takiego. Ale przecież wakacje to też dobry czas na poszerzanie horyzontów literackich.

„Ad Infinitum” dość dobrze oceniana w sieci zaczyna się niczym klasyczna powieść obyczajowa. Już w pierwszym rozdziale spotykamy głównego bohatera, mieszkańca Warszawy – Tomasza. Tomasz daje się poznać jako zupełnie zwykły gość, którego życie małżeńskie leży w gruzach, a on sam intensywnie poszukuje szczęścia w objęciach kochanki. W tych perypetiach życiowych  nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ktoś porywa jego chorującą na autyzm córkę co stwarza realną szansę na zmianę książki obyczajowej w thriller.

Wraz z zapoznaniem się z mocno skomplikowaną sytuacją rodzinną Tomasza dowiadujemy się o przygodach innych bohaterów, których historie są zupełnie niezwiązane z Warszawskim porwaniem. W opowieść uwikłani są m.in: agenci CIA i KGB, studenci fizyki teoretycznej, rabin oraz ludzie, u których podejrzewa się zdolności paranormalne. Oczywiście nie jest to zbiór opowiadań i finalnie okazuje się, że wraz z biegiem wydarzeń los splata wszystkich bohaterów, a my czytelnicy dowiadujemy się o co ta cała draka.

Wszystkim tym, którzy preferują książki szpiegowskie podszyte solidną porcją nauki, oraz posiadające pewien element nadprzyrodzony „Ad Infinitum” na pewno będzie się podobała. Muszę jednak uprzedzić, że trudno było mi przebrnąć przez pierwsze strony opowieści o problemach Tomasza. Dopiero potem przy symfonii teorii strun, aspektach paranormalnych badań i akcjach CIA książka nabrała charakteru.

Tylko gdzie tu sf? Mamy solidny thriller szpiegowski z nutką nauki w postaci właśnie teorii strun oraz trochę badań CIA nad telepatią. Gdyby nie to, że autor na samym końcu wprowadził w sumie ciekawe zdarzenie sf pasujące do całokształtu powieści to wg mnie książka powinna się znajdować w księgarni na półce obok np Forsytha, a nie Zajdla.

„Ad Infinitum” oceniam na 4,0, a wszystkich fanów twardej science fiction uprzedzam o małej zawartości sf w sf.

Finch, Jeff Vandermeer

Dziś czeka nas podróż do fantastycznego i mrocznego miasta Ambergris wymyślonego przez Jeffa Vandermeera. Miejsce to było wielkim tętniącym życiem obszarem pełnym artystów i festiwali. Miasto piękne, pełne tajemnic, zawiłych historii i zarazem bardzo brutalne i niebezpieczne. Bezsprzecznie Ambergris było miejscem egzotycznym. Było. „Finch” – trzecia z kolei część tzw. „Trylogii Ambergris” na którą składają się „Miasto Szaleńców i Świętych” oraz „Shriek: Posłowie” rozgrywa się w czasie upadku tej dziwnej metropolii. Od sześciu lat władzę nad nią sprawują Szare Kapelusze – rasa bardzo inteligentnych grzybów. Jest ich niewielu jednak bardzo trudno ich zniszczyć. Posiadana przez nie zaawansowana technologia biologiczna pozwala kreować dziwne stworzenia, panować nad ulicami za pomocą wszędobylskich, czasami trujących spór. Pozwala ona również modyfikować ludzi dzięki czemu Szare Kapelusze stworzyły obozy niewolnicze i dziwnych „Stronników” donoszących im o wszystkim co się dzieje w mieście. Oczywiście jak to bywa w czasie różnych konfliktów istnieją także buntownicy dowodzeni przez na wpół legendarną Błękitną Damę oraz zwykli niezmodyfikowani mieszkańcy Ambergris.

W tej mrocznej i posępnej atmosferze spotykamy detektywa Fincha. Musi on rozwikłać zagadkę podwójnego zabójstwa. Sprawa jest o tyle dziwna, że jednym z zamordowanych jest Szary Kapelusz. Wraz z rozwojem wypadków poznajemy topografię Ambergris oraz jesteśmy wprowadzani w historię tego dziwnego miejsca. Okazuje się, że sprawa, którą prowadzi nasz bohater jest kluczowa dla przyszłości ludzkości i Szarych Kapeluszy. Finch oczywiście znajduje się w centrum wydarzeń, a jego poczynaniami interesują się wszystkie zwaśnione strony. Czy uda mu się dociec prawdy? Czy okaże się ona łaskawa dla ludzkości? Dlaczego akurat ten przypadek jest taki istotny? Nasz bohater zostanie poddany licznym próbom i będzie musiał poradzić sobie z dręczącymi go wątpliwościami związanymi z wyborami jakie przed nim staną. A wybory te będą kluczowe dla przyszłości Ambergris.

Książkę czyta się dobrze. Nie przeszkadza w jej zrozumieniu fakt, że jest to trzecia część serii. Właściwie te pozycje są dość luźno powiązane (szczególnie zbiór opowiadań „Miasto Szaleńców i Świętych” występujące w roli części pierwszej). Natomiast czytelnikom, dla których „Finch” jest kontynuacją opowieści o Ambergris na pewno łatwiej się zorientować w świecie opisywanym przez autora.

Dla fanów dziwnych pomysłów J. Vandermeera „Finch” powinien otrzymać co najmniej 5,0. Jednak blog ten jest subiektywny, a ja pomimo tego, że doceniam oryginalność pomysłów autora i jego bujną wyobraźnię, nie do końca kibicuję tego typu historiom. Jakby tego było mało, w związku z tym, że „Fincha” czytałem na urlopie i tekst ten piszę jakiś czas po lekturze, nie mogę sobie przypomnieć zakończenia tej książki co oznacza, że do najwybitniejszych nie należy. Moja ocena 4,0.

 

Pieśń Lodu i Ognia, George R.R. Martin

Nie da się ukryć, że przez ostatnie dwa miesiące nic nowego na blogu się nie pojawiło. Słoneczna pogoda i wysokie temperatury sprawiają, że człowiek spędza więcej czasu na świeżym powietrzu niż przed komputerem lub w fotelu z książką. Nie bez znaczenia w tej długiej przerwie miał też mój wyjazd wakacyjny. Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy więc nadszedł czas na aktualizacje superfikcji (pisanie bloga jest OK, ale piwo i plaża są lepsze). Piękna pogoda nie sprawiła przecież braku zainteresowania literaturą. Wręcz odwrotnie. W niedalekiej przyszłości pojawią się wpisy o „Finchu” oraz „Ad Infinitum”, które przeczytałem na urlopie, jednak dla mnie przełom wiosny i lata bezapelacyjnie należał do Pieśni Lodu i Ognia, cyklu Georga Martina rozpoczętego „Grą o Tron” opisywaną już tutaj z goła dwa miesiące temu.

W skład sagi wchodzą kolejno „Gra o Tron”, „Starcie Królów”, „Nawałnica Mieczy”, „Uczta dla Wron” oraz „Taniec ze Smokami”. Cały czas z wielką niecierpliwością oczekiwane są kolejne dwa tomy czyli: „The Winds of Winter” oraz „A Dream of Spring”.

Wszystkich tych którzy pierwszej części nie czytali i trafili na ten wpis zachęcam do zapoznania się z tekstem dotyczącym Gry o Tron. W niniejszym wpisie postaram się opisać moje wrażenia po przeczytaniu wszystkich dotychczas wydanych części nie skupiając się na poszczególnych tomach, bohaterach, geografii czy akcji. Postaram się odpowiedzieć na pytanie czy warto czytać te kilka tysięcy stron.

Sięgając po kolejny tom zawsze zadawałem sobie pytanie co sprawia, że nie mogę się od tego oderwać. Czy to jest właśnie ta najlepsza książka którą czytałem w życiu, że muszę ją skończyć zanim w ogóle spojrzę na coś innego? W tym miejscu sprawni marketingowcy czy ludzie biegli w sztuce pisania na pewno zalaliby was tysiącem słów o tym jaka ta opowieść jest wspaniała. Niestety nie param się marketingiem, a i z pisaniem nie zawsze jest tak dobrze jakbym chciał, dlatego trzeba będzie metodycznie krok po kroku sprawdzić dlaczego Gra o Tron jest uważana za taką dobrą.

Rozpoczynając od fikcyjnego świata trzeba uczciwie napisać, że oprócz nieregularnych pór roku nic w nim oryginalnego nie ma. Ot trochę wysp, parę kontynentów, góry, rzeki, miasta ruiny. Nic nadzwyczajnego. Za to jest to miejsce bardzo dobrze opisane przez co wydaje się być spójne. Nie ma chyba nic lepszego niż wrażenie realności świata. Pomimo jego fantastycznego charakteru mógłby istnieć np. w odległej galaktyce. Niestety cały prawie idealny efekt psuje wspominany już w poprzednim wpisie brak rozwoju technicznego. Nie zostało to jeszcze wyjaśnione i trochę razi rozbudowana, wręcz mitologiczna, wielotysięczna historia. Czy nikt tam nigdy nie próbował usprawnić czegokolwiek? Nauczyli się budować wielkie zamki, kuć miecze i właściwie koniec. Dziwne.

Bohaterowie są zdecydowanie najmocniejszą stroną Pieśni Lodu i Ognia. Postacie stworzone przez Martina nie są tylko maszynami stworzonymi na potrzeby akcji. Doskonale wpisują się w świat i epokę, w której przyszło im żyć. Autor zadbał aby ich strój, zachowanie w społeczeństwie, jedzenie jakie spożywają komponowały się z opisem świata. Dodatkowo sposób myślenia i postępowania doskonale opisują ich charaktery ukształtowane w różnych częściach tego brutalnego świata. Poznajemy także ich słabości i lęki. Nie znajdziemy tutaj niezłomnych postaci znanych z literatury dziecięco-młodzieżowej. Dobrych, nieustraszonych bohaterów o nieskalanych duszach czy złych do szpiku kości potworów. Nasi bohaterowie okazują strach przed bitwą czy podróżą morską, lękają się o życie swoich bliskich, a do tego odczuwają nieodpartą chęć spożycia alkoholu czy odwiedzenia domu rozpusty nawet w sytuacjach, w których czytelnik z góry wie, że to się źle skończy. Dzięki temu postacie stają się bardziej ludzkie, a ich ocenę moralną pozostawiam wam, czytelnicy.

Tak więc okazuje się, że w nie do końca oryginalnym , ale spójnym świecie tak nam bliscy bohaterowie żyją w ciekawych czasach. Muszą podołać wszystkim wyzwaniom jakie stawia przed nimi  życie, gdyż inaczej mogą się z nim pożegnać. A my jesteśmy obserwatorami ich zmagań, które są dość prozaiczne jak na powieść fantasy. Ot obrona zamku, podróż z miejsca A do B czy setki negocjacji i intryg. Nic nadzwyczajnego. Jednak te zwykłe czynności, jak wszyscy wiemy z autopsji, nie przychodzą wcale łatwo. Podróże okazują się być pełnymi zagrożeń przygodami niczym odkrywanie nowych lądów. Obrona zamku to opowieść pełna dworskiego życia, uczt, spisków intryg i potyczek. A wszystkie perypetie naszych bohaterów charakteryzują się licznymi zwrotami akcji spowodowanymi ich słabościami, brakiem wystarczającej informacji, celowym działaniem innych postaci czy po prostu złą pogodą.

I właśnie dzięki połączeniu fajnego świata, genialnych bohaterów i przede wszystkim historii, w której nic nie idzie jak trzeba tzn. jakby chciał czytelnik, od sagi tej nie można się oderwać.

Pierwotnie chciałem ocenić Pieśń Lodu i Ognia na 5,0. Jednak w związku z tym, że niektóre książki ocenione przeze mnie dość wysoko bardzo szybko ulatują z pamięci (być może nie były jednak tak dobre), a całą sagę Martina pamiętam doskonale, finalnie proponuję ocenę 5,5. Te kilka tysięcy stron dostarcza bardzo dobrej rozrywki. Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg.

Pierścień, Larry Niven

Kolejnym etapem tegorocznej wycieczki literackiej jest powieść science-fiction „Pierścień” Larrego Nivena. Ten napisany w 1970 r. utwór często możemy spotkać na listach książek sf, które warto znać. Postanowiłem więc w końcu sprawdzić o czym traktuje.

Niven opisuje przyszłość, w której  ludzie uwolnili się już od ciasnej ziemi i rozpierzchli po rubieżach kosmosu. Za homo sapiens już są także kontakty z obcymi cywilizacjami. Wśród obcych znajdują się pokojowo nastawione Laleczniki oraz wojowniczy Kzinowie – rasa człekokształtnych kotów, która nie raz toczyła wojny z ludźmi.

Akcja książki rozpoczyna się, gdy główny bohater – człowiek Louis Wu otrzymuje propozycje wzięcia udziału w tajemniczej wyprawie. Nie wiadomo co jest jej celem. W skład załogi oprócz wyżej wspomnianego wchodzą jeszcze jej organizator Lalecznik Nessus, Kzin – Mówiący-do-Zwierząt oraz młoda Teela będąca tak jak Louis człowiekiem. I tak skompletowana załoga wyrusza w nieznane i jak nietrudno zgadnąć odnajdują pierścień – sztuczny twór otaczający gwiazdę i czerpiący z niej energię.

W czasie lotu jak i podczas eksploracji olbrzymiego świata pierścienia autor wyjaśnia relacje jakie łączą rasy zamieszkujące wszechświat oraz ich biologie i psychologie. Dzięki temu poznajemy ciekawy, barwny, a co najważniejsze spójny świat przyszłość stanowiący tło do tego co znajduje się na pierścieniu.

Książkę czyta się bardzo dobrze. Pomimo tego, iż została napisana ponad 40 lat temu można powiedzieć, że z zapartym tchem. Dlatego też moja ocena to 5,0/6. Warto sprawdzić jaki jest prawdziwy cel Lalecznika, kto mieszka na powierzchni pierścienia oraz kto zbudował tą konstrukcję i w jakim celu.

Gra o Tron, George R.R. Martin

Gdzieś, hen daleko w najczarniejszym i najzimniejszym zakątku kosmosu rozwija się i kwitnie pokojowo nastawiona cywilizacja. Obce jej są wojny, zarazy i głód. Jej twórcy to wspaniałomyślne istoty żyjące w harmonii z fauną i florą skolonizowanych przez siebie planet. 

Być może kiedyś będę miał okazję spotkać w literaturze i opisać taką śmiałą wizję pokojowej cywilizacji jednak nie tym razem. Dzisiejszy tekst dotyczy świata, w którym zdrada i przemoc to chleb powszedni jego mieszkańców. Zapraszam do Gry o Tron.

Powieść ta jest pierwszą częścią „Pieśni Lodu i Ognia”. Saga ta zaplanowana jest przez autora na siedem tomów z czego do tej pory ukazało się pięć. W Polsce „Gra o Tron” została po raz pierwszy wydana w roku 1998. Wydaje się, że pomimo nagród i nominacji dla książkowej wersji prawdziwą popularność dzieło Martina zyskało dopiero w roku 2011 kiedy to HBO wyemitowało serial „Gra o Tron”.

Świat stworzony przez Martina tak jak tysiące innych można porównać do średniowiecznej europy. Nie ma w nim magii (nie traćcie wiary przecież każdy fan fantasy wie, że magia istnieje) ani bogów choć tak jak w feudalnej europie większość się gorliwie modli. To co odróżnia go od światów wcześniej wymyślonych to ciekawa idea nieregularnych pór roku. Lato może trwać kilka miesięcy lub kilka lat i nikt nie wie ani dlaczego tak jest ani jak długo będzie trwało tym razem. To samo się tyczy zimy, która jest tutaj jednym z większych zagrożeń.

Świat ten składa się z trzech kontynentów. Najważniejszy i najbliższy czytelnikom jest Westeros – tam właśnie rozgrywa się większość akcji. Znaczną część tego długiego i dość wąskiego lądu  zajmuje polityczny twór znany jako Siedem Królestw. Nad każdym z tych regionów panuje lord. Nietrudno się domyśleć, że król sprawujący władzę nad wszystkimi regionami musi mieć poparcie większość lordów. Co się dzieje w sytuacji gdy tego poparcia nie ma bądź je utraci? To proste. Wybucha wojna czyli gra o tron.

Należy również wspomnieć o mrocznym widmie jakie wisi nad Westeros. Otóż na jego północnych krańcach cywilizowani ludzie w ciągu tysięcy lat zbudowali mur biegnący od wschodu do zachodu, nieprzerwanie przez cały kontynent. Budowla ta ma bronić ich przez hordami dzikich, którzy co jakiś czas podnoszą swe topory i stanowią zagrożenie dla wszystkich żywych istot na południe od muru. Tam też rezyduje Nocna Straż – ludzie poświęcający (dobrowolnie bądź pod przymusem) obronie Muru.

Dość trudno jest opisać akcję „Gry o Tron”. Jest to właściwie powieść polityczna. Bohaterowie swoimi działaniami popierają króla bądź knują aby go obalić. Każda występująca tutaj postać ma jakiś cel, który oczywiście próbuje zrealizować przy pomocy ograniczonych środków i braku wiarygodnej informacji. Cała historia przedstawiona jest z punktu widzenia różnych bohaterów. Poznajemy ich myśli, cele i charakter, a ich oczami odkrywamy piękno i okrucieństwo Westeros.

Czy faktycznie jest to książka równie dobra co popularna? Fikcyjna powieść polityczna w wymyślonym świecie jakich wiele – nie brzmi to zachęcająco. Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu jaki odniósł Martin jest sposób w jaki „Gra o Tron” została napisana. Poniżej lista rzeczy jakie wpłynęły na kształt książki:
– bardzo dobrze wykreowani i świetnie przedstawieni bohaterowie;
– wiarygodny świat (nikt nie wierzy,że bogowie i magia na prawdę istnieją, brak ras takich jak krasnoludy i elfy – wszystkim się już znudziły);
– skomplikowana intryga odkrywana przed czytelnikiem wraz z biegiem zdarzeń;
– wartka akcja: bitwy, potyczki, pościgi, egzekucje, przygody na szlaku i burdy w karczmach;

Jednak najważniejsze jest to, że autor potrafił znaleźć złoty środek. Wszystkie wyżej wymienione elementy pojawiają się w odpowiedniej, wręcz idealnej ilości co sprawia, że nie da się oderwać od lektury.

Bardzo bym chciał dać „Grze o Tron” 6/6. Finalna ocena jednak musi być obniżona o 0,5 punktu.

Nie znalazłem bowiem w książce wyjaśnienia kwestii braku postępu cywilizacyjnego. Jest to typowy problem światów fantasy. Mamy kilka tysięcy lat rozwoju (przypominam, że magii i bogów nie ma), a ci goście dalej okładają się mieczami. Być może pod koniec całej sagi wszystko się wyjaśni (tak jak to było w przypadku „Pana Lodowego Ogrodu”). Tak więc 5,5/6.

Stalowy Szczur, Harry Harrison

W związku z tym, że dalej odczuwam zmęczenie horrorem Barkera, a odkryta już prawda o planecie Ksi nie do końca ukoiła moje zszargane nerwy, postanowiłem sięgnąć po literaturę mniej ambitną co wcale nie znaczy gorszą. Wybór padł na pierwszą część ponoć popularnego cyklu o Stalowym Szczurze Harrego Harrisona, autora ponad 50 powieści w tym znanej chyba wszystkim miłośnikom sf „Planety Śmierci”.

Już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że główny bohater Jim di Griz jest kosmicznym bandytą, rozbójnikiem jakich mało w zbadanym, a nawet w całym wszechświecie. Od owych pierwszych stron zaczyna się też wartka akcja, która trwa właściwie nieprzerwanie do końca. Nasz bohater-przestępca zostaje jednak już na początku przechytrzony i schwytany przez Korpus Specjalny, dzięki czemu zostaje jego członkiem. Jego pierwsza misja ma na celu zbadanie po co jednej z planet pancernik linowy. Oczywiście będąć swego rodzaju kosmicznym agentem specjalnym dalej rabuje i rozrabia. Do tego wszystkiego nie może zabraknąć pięknej i inteligentnej Angeliny w roli wroga nr 1.

W związku z tym, że Stalowy Szczur to powieść akcji, autor nie zawraca sobie, i nam czytelnikom, głowy jakimiś rozbudowanymi opisami czy dywagacjami filozoficznymi. Mamy tutaj akcję, akcję i jeszcze więcej akcji. I niech Was drodzy czytelnicy nie zwiedzie rozmiar lektury. Na owych 150 stronach, akcji znajduje się wiele więcej niż w 1000 stronicowym „Lodzie” Dukaja (choć te dwie książki to chyba łączy jedynie gatunek, a i o tym można by dyskutować). Trzeba tutaj zwrócić uwagę, że napad na bank lub włamanie do rezydencji prezydenta całej planety zajmuje Jimowi nie więcej niż dwa kilkuzdaniowe akapity. To się nazywa oszczędność słów.

Nie będę ukrywał, że tego typu lektura nie należy do moich ulubionych jednak od czasu do czasu dobrze jest przeczytać coś ciekawego i jednocześnie niezbyt obciążającego szare komórki. Ocena finalna to 4,0/6.